HomeFelietony

Chapeau bas – to francuskie powiedzenie jest opisem gestu, jaki wykonuje się w wyniku uznania dla czyichś czynów. Chapeau bas au héros, czyli kapelusz z głowy przed bohaterem. Taka jest intencja tego zwrotu. Ja zawsze ściągam czapkę z głowy przed tymi, którzy w realny sposób zweryfikowali swoje bohaterstwo, na przykład byli aresztowani przez Służbę Bezpieczeństwa i nie wydali nikogo.

W ostatnim felietonie pojechałem troszkę po feministkach, przypadkowo wstrzeliwując się w na nowo rozpoczętą dyskusję aborcyjną. Na portalach internetowych pojawiły się pod nim (felietonem) wpisy feministek. Muszę przyznać, że jedne bardziej absurdalne od drugich, ale wszystkie przebił jeden (znajdujący się zresztą na sztandarach czarnych marszów): „Mój brzuch, moja sprawa!”.

Środowiska feministyczne obchodziły ostatnio rocznicę sukcesu, jakim był protest w obronie możliwości zabijania dzieci. Napawały się tym, jakie są odważne, bo pogoniły ciemnogrodzki motłoch i jak to udało się uratować zdobycz cywilizacji, jaką jest bezkarne zabijanie dziecka do 12 tygodnia życia.

Kiedyś prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej był Jimmy Carter (demokrata). Krążyły o nim przeróżne dowcipy – jeden z nich był taki, że nie potrafił jednocześnie iść i żuć gumy. Ot taki stopień percepcji. Jak sądzę były to dowcipy rozpowiadane przez republikanów, ale opinia przylgnęła. Ma to oczywiście jasną stronę, bo potwierdza zasadę, że Ameryka to kraj wielkich szans dla każdego, choć oczywiście wołałbym, żeby największym mocarstwem nie rządził półgłówek. Ale z drugiej strony, jak patrzę na niektórych władców państw, to nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czym sobie podpadli u Pana Boga, że ich tak pokarał.

Jestem magistrem administracji, a więc wykształconym urzędnikiem, ot biurokratą. Pewno wielu Czytelników pomyślało sobie, że lepiej się już przyznać do tego, że jest się wykwalifikowanym tancerzem na rurze w klubie go-go, bo to uczciwszy fach.

Łacińska maksyma mówi: „Is fecit, cui prodest” (ten uczynił, czyja korzyść). Teza prosta jak szyna kolejowa. Kto zyskuje na mąceniu w głowach pracowników Kolzap, wstrzymując ich przejście do spółki, w której Skarb Państwa ma decydujące

Chwilowo opadł kurz bitewny w sprawie reformy sądownictwa. To, co napiszę, będzie tekstem subiektywnym, bo obarczonym moim własnym doświadczeniem. KOD domaga się niezawisłych sądów, czyli takich, jakie były za czasów Platformy Obywatelskiej. Ja chciałbym zadać pytanie: czy one do tej pory takie niezawisłe i niezależne były?

Byłem chyba jedynym starostą, jakiego w 2010 roku publicznie chwalił Donald Tusk za sposób, w jaki koordynowałam akcję przeciwpowodziową (a przecież byliśmy i jesteśmy z innych opcji politycznych). Dla jasności – pochwały te były należne przedstawicielom wszystkich służb, jakie wtedy współdziałały: Państwowej i Ochotniczej Straży Pożarnej, Policji, Służbie Więziennej, całej armii urzędników i ludziom dobrej woli, bez pracy których nic by się nie udało.

Jestem fanem własności prywatnej i jest to prawdopodobnie cecha genetyczna przekazywana z dziada pradziada. Może chodzi o to, że moja rodzina ciężko pracowała na to, co miała i stąd przywiązanie do wszystkiego, co wypracowane i zdobyte w pocie czoła. To, co ja chcę zrobić z moją własnością – to moja sprawa.

Przyznam szczerze, że dyskusja nad tym, czy niedziele mają być wolne, czy nie, zaczyna przypominać powoli operę mydlaną. Zabierałem w tej kwestii głos już wielokrotnie, prowokując tym samym dyskusję. Muszę przyznać, że nie pojawiały się tam nigdy argumenty, które by mnie przekonały do handlu w niedziele. Jedyny, jaki do mnie dociera, to własne lenistwo i wygodnictwo.

Korzystając z dobroci i uprzejmości Ojca Redaktora, chciałbym załatwić sprawę półprywatną, zaspokoić czczą ciekawość, ale też zrobić coś pożytecznego zarówno dla ludzi, jak i sztuki. Sprawa jest następująca: mój serdeczny znajomy, trochę pisarz, trochę naukowiec i całkowity pasjonat wpadł na trop pewnej bardzo ciekawej historii.

Jestem człowiekiem, który ma kilka słabości. Z oczywistych powodów nie będę wszystkich obnażał w poniższym felietonie, ale do jednej się przyznam.  Otóż mam bardzo paskudną cechę, wręcz okropną: słucham tekstów piosenek.

Budowa nowego bloku energetycznego w Puławach była i jest koniecznością techniczną, co do tego nie ma najmniejszego sporu. Jednak to, co działo się wokół niej do 31 marca 2017 roku, było istnym szaleństwem i to w oparach absurdu, gęstych jak śmietana. Dlatego warto przedstawić kilka faktów i kilka mechanizmów, jakie wprawiała w ruch Platforma Obywatelska, PSL oraz służby im podległe, choć czasem myślę, że jest odwrotnie.

Jestem, byłem i będę fanem własności prywatnej. Jest to prawdopodobnie skaza genetyczna odziedziczona po antenatach, dla których posiadanie własnej ziemi było wyznacznikiem statusu społecznego. Pamiętam, że moi rodzice mieli piękny, duży sad i że sadzili las. Nie robili tego z miłości do natury, ale z życiowej zaradności.

Przedwojenny celebryta (jak dziś by się go określiło), filozof Franc Fiszer powiedział kiedyś tak: „Nie będzie porządku w Polsce, jeśli się nie rozstrzela 750 000 szubrawców.” Na to ktoś zauważa sceptycznie: „Czy myślisz, że jest aż 750 000 szubrawców?”Fiszer: „Nic nie szkodzi. W razie czego dobierzemy z uczciwych.”

Czy wolność słowa to możliwość mówienia wszystkiego? We współczesnym świecie większość ludzi postrzega te pojęcia jako synonimy, a przecież jest to kardynalny błąd.  Albert Camus mówił: „Być wolnym, to móc nie kłamać” i taka jest, moim zdaniem, najszersza definicja wolności słowa. W naszym świecie kłamstwo, niedomówienie, fałszywa aluzja, staje się jednym z najbardziej użytecznych narzędzi w walce nie tylko politycznej, ale również międzyludzkiej.

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem artykuł pani poseł Gabrieli Masłowskiej opublikowany w portalu LPU24.pl. Miałem możliwość uczestniczenia w VI konferencji Rynek Ciepła Systemowego odbywającej się w dniach 14-16 lutego w Puławach. Oto kilka przemyśleń dotyczących „nieuchronnych” zmian dotyczących rynku ciepła w Polsce.

W ostatnim artykule napisałem, że koszty jakie ponoszą mieszkańcy Puław za ogrzewanie mieszkań mogą być mniejsze „co najmniej” o 10%. Czy to jest realne? Po kolei. Wczoraj oglądałem reklamę nowych regulatorów – zaworów znanej firmy i mnie krew zalała, gdy uświadomiłem sobie że zakup takich fajnych urządzeń, nigdy by się nam nie zwrócił w oszczędnościach na zużyciu ciepła! 

Tak jak obiecałem w poprzednich artykułach, czas na efektowne podsumowanie tematu opłat za ciepło. Zapinamy pasy i jedziemy !!! Jeszcze w starym 2016 roku, dwa tygodnie temu pozwoliłem sobie na zadanie kilku pytań: Kto decyduje o wyborze dostawcy usług związanych z dystrybucją podzielników i ich rozliczeniem ? Dlaczego te koszty są w rozliczeniu ciepła „ukryte” w kosztach ciepła ? W jaki sposób zdecydowano o mocy zamówionej i czy ktoś w ogóle kontroluje te koszty ?

Wczoraj przeczytałem głos w dyskusji na temat ciepła. Głos bardzo ważny, rozsądny i bardzo ciekawy. Ostatnie zdanie jest znakomitym podsumowaniem istoty problemu:” I jak uczciwie rozliczyć opłacanie tegoż pomiędzy mieszkańców”.