HomeFelietonyWyżej hejtu nie podskoczysz. Sławomir Kamiński.

Wyżej hejtu nie podskoczysz. Sławomir Kamiński.

foto:www.inicjatywadlagostynina.pl

Nie biorę się za recenzje książek, bo szanuję pracę innych. Staram się nie krytykować cudzej twórczości, bo wiem, że mój ogląd świata jest mój i ktoś inny nie musi go podzielać. Jeśli podziela – to super, jeśli nie – to nie mam z tym większego problemu.  Poza tym to, co dla mnie jest chłamem dla innych może być konfiturą i na odwrót.

Tym razem zrobię wyjątek dla książki Michała Wawrzyniaka pod tytułem „Hejtoholik”. Powodów mojego odstępstwa jest kilka: po pierwsze książka napisana jest bardzo żywym językiem, w ciekawej formie. Nie zawiera gotowych recept, ale wskazuje opcje. Czyta się to naprawdę fajnie, choć moim zdaniem wulgaryzmy w tym rodzaju publikacji raczej nie pasują, ale cóż, taki styl. Nie będę streszczał książki, pozwolę sobie tylko na jedną uwagę: autor jak tylko może, ucieka od określania siebie mianem guru, ale trudno tak go nie nazywać, skoro objaśnia świat przypowieściami – jest to sprawdzony patent, który działa z niezłym skutkiem od dwóch tysięcy lat, więc nie ma się czego wstydzić.
Polecam gorąco tę książkę wszystkim użytkownikom Internetu, warto zapoznać się ze zdaniem autora, który jest praktykiem (choć brzmi to dwuznacznie) w temacie hejtu.
Jestem osobą, która padała i pada ofiarą hejtu. Mało tego, czasem sam go prowokuję, nazywam to potrząsaniem workiem ze szczurami. Gdy widzę, że moi etatowi oponenci się nudzą, puszczam jeden lub dwa zgrabne teksty i zaczyna się karuzela. Gdy już w worku jest zabawa na całego, zostawiam ich samych sobie i całkowicie o nich zapominam. Wiem, wiem, nie jest to jakaś wysublimowana zabawa, ale kto powiedział, że zawsze trzeba grać w bakarata?
Autor opisuje kilka typów hejtera, moim zdaniem zapomina jednak o jednym.  Jest nim człowiek dobrych intencji pragnący pomóc, ale niepotrafiący przekroczyć swoich ograniczeń np. intelektualnych.  Jest to typ hejtera, nad którym czasem się pochylam. Ktoś, kogo kompletnie nie znam, wygłasza na temat tego, co robię lub mówię jakieś bardzo autorytarne sądy. Zazwyczaj staram się dociec, czemu tak jest, bo zakładam, że osąd zwykłego człowieka, nieobciążonego stronniczością jest najzdrowszy. Czasem jest tak, że ktoś ma rację, bo np. niezbyt jasno wyraziłem swoje zdanie albo posłużyłem się metaforą, która jest zbyt dwuznaczna lub rani czyjeś uczucia. Bywa też niestety, że walnę jakieś głupstwo.
Najczęściej jednak jest tak, że ktoś podnosi larum i jest ono jak najbardziej zasadne, ale tylko do poziomu posiadanej przez niego wiedzy i informacji. Nie można mieć do kogoś takiego żalu, nie można oczekiwać od niego, że nagle uzupełni swoje braki, bo często nie jest to możliwe z powodów obiektywnych, każdy ma swoje ograniczenia percepcyjne.
Taki człowiek w swoim najszczerszym przekonaniu ma rację, a jednak jej nie ma. Powiedzieć mu, że jest ograniczony? To byłoby nie dość, że niegrzeczne, to jeszcze w pewnym sensie nieprawdziwe. Zostawić temat? Też nie bardzo, bo będzie żył w mylnym przekonaniu, że naprawdę ma rację.
Tak źle i tak niedobrze. Pozostaje jedynie grzecznie podziękować za dyskusję i zaproponować zawarcie rozejmu, a w duchu mieć nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto mu poszerzy horyzonty.
Tekst powyższy jest pewnego rodzaju eksperymentem socjologicznym – o jego efektach powiadomię po jego zakończeniu.

Udostępnij na:
Oceń ten artykuł
Brak komentarzy

Napisz komentarz